Czyli co może się urodzić w umyśle skiturowca, któremu nagle zabiera się jego podstawową zabawkę – śnieg 🙂

Po zimie czułem się zagubiony. Od stycznia rytm mojego tygodnia był bardzo prosty: od poniedziałku do piątku myślałem o skiturach, oglądałem filmiki freeridowe i wertowałem przewodniki, a w sobotę lub niedzielę jechałem w góry. Ten rytm był praktycznie niezachwiany aż do kwietnia, kiedy to wyjechałem – dla odmiany – na tydzień na skitury.
Był to mój pierwszy alpejski wyjazd w życiu, więc zmotywował mnie trochę do ćwiczeń – dwa razy w tygodniu crossfit i lekkie wybiegania. Dokładnie tydzień po powrocie zrealizowałem swoje skiturowe marzenie i zjechalem na nartach z Rysów, kończąc tym samym sezon.

Długi weekend majowy spędziłem z Żoną we Wiedniu, więc nie miałem czasu myśleć o tym co dalej. Jednak kolejny tydzień był już dla mnie trudny. Nie potrafiłem się odnaleźć. Nadchodzące lato i topniejący nieubłaganie śnieg odebrały mi coś co napędzało mnie przez ostatnie pół roku. Nagłe odcięcie od tych marzeń i planów było bolesne. Zacząłem rozmyślać, szukać środka zastępczego. Spróbowałem wrócić do wspinania i pojechałem w skały, ale nie zatrybiło – to nie to, inna adrenalina, inne wrażenia, nie ta pasja. Brak uczucia eksploracji, odległości, samotności. Brak satysfakcji z pokonywania dużych odległości szybko. To piękny sport, ale jednak nie tego szukam. W poszukiwaniu celu na lato, pewnej majowej niedzieli, którą w całości poświęciłem na „szukanie siebie” odwiedziłem stronę Beskidy Ultra Trail. I to było to – od razu. Tak naturalne rozwinięcie skituringu, podobne zmęczenie, podobne wrażenia, przestrzenie i adrenalina. Dokładnie to! Zapisu dokonałem od razu, płatność poszła. Teraz dopiero zacząłem się zastanawiać…

Kolejne trzy tygodnie to ostre treningi – szybko wróciłem do kilometrażu z zeszłego roku, kiedy to przygotowywałem się do półmaratonu. Dorzuciłem do tego crossfit i górskie wybiegania. Na koniec takiego cyklu, zafundowałem sobie zasłużony tydzień odpoczynkowy.

Z perspektywy czasu wiem, że gdybym nie spotkał na swojej drodze doświadczonego trenera – Zbyszka Borka, z którym obecnie współpracuję, najprawdopodobniej w chwili obecnej leczyłbym się z kontuzji i przetrenowania, a start stałby pod dużym znakiem zapytania.

Poniższa tabela prezentuje tło moich samodzielnych przygotowań. W kolejnym wpisie pokażę jak wygląda trening, który układa dla mnie Zbyszek i jednocześnie jak bardzo różni się od mojego, chałupniczego 🙂
Przy okazji macie też wgląd w to, jak zachowywała się moja waga w trakcie przygotowań. Wniosek jest zawsze jeden i ten sam – za dużo piwa 😉

 

Zrzut ekranu 2015-07-17 o 22.12.05