A więc stało się! Ostatnie pól roku przygotowań zaowocowało ukończeniem pierwszego ultra. Jakby tego było mało, w kolejce jest już kolejna impreza… 😉

Sobota, 3.10.2015r. – na długo będzie dla mnie datą specjalną, wyjątkową. I to nie dlatego, że tego dnia ukończyłem swój pierwszy bieg ultra.  Ale dlatego, że tego dnia po raz pierwszy wystartowałem w takim biegu. Pojawianie się na starcie wymagało ode mnie odwagi. Dużo większej, niż pojawienie się na mecie. Pomiędzy startem a metą nie ma miejsca na wątpliwości czy strach. Wtedy po prostu robi się swoje – to, do czego jest się przyzwyczajonym, to co się lubi. Noga za nogą, byle do przodu – Jesteście ultrasami bo potraficie iść/biec/turlać się mimo tego, że bolą was nawet włosy i paznokcie i w zasadzie chyba na nazwisko macie Ból..  Te słowa przynajmniej kilkukrotnie przypominam sobie podczas tych 60ciu kilometrów.

Wszystkie negatywne uczucia pojawiają się wcześniej – podczas okresu przygotowań, czy tuż przed startem. W samym momencie startu jest spokój i radość – nagle okazuje się, że te wszystkie plany treningowe, zegarki, gjepeesy, buty, odżywki, plecaki, ciuchy, skarpetki kompresyjne i miliard innych gadżetów, firm czy światopoglądów nie mają znaczenia. Liczy się tylko to, że znalazłem się na starcie, podekscytowany i niepewny, wraz z grupą kilkuset osób które myślą i czują podobnie. I my wszyscy mamy przed sobą kilka, kilkanaście godzin w górach – w miejscu, środowisku, w którym czujemy się najlepiej. Wolni, radośni i szczęśliwi – po prostu.

 

Dla ciekawych statystyk, przewyższenia i dystansu – link do movescount.
Mój BUT miał 63km (zgubiłem się ;)) i 3000m przewyższenia. Ukończyłem go z czasem 10:05h